top of page

 A.

 

Drodzy czytelnicy tego listu!
  Piszę do Was, aby opowiedzieć Wam o moim miesięcznym pobycie na dworze królowej Wiktorii.
  Królowa Wiktoria nazywana z czasem babką Europy jest osobą budzącą sympatię. Wybrałam ją, ponieważ to jak podczas jej panowania rozwinęła się Wielka Brytania- Imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi, zrobiło na mnie duże wrażenie, a ona sama jest niezwykle intrygującą i interesującą osobą, która, mimo że na tronie zasiadła w młodym wieku, poradziła sobie niewyobrażalnie dobrze.
  W czasie mojego pobytu na dworze królewskim ubierałam się według panującej mody, tj. w gorset, który swoją drogą był strasznie niewygodny oraz długie zakrywające ciało suknie, przyozdobione niezwykle pięknymi falbanami i zdobieniami. Zakładając takie ubrania mogłam się czuć jak księżniczka z bajki, a mój wygląd, zapierał mi dech w piersi, chociaż może była to w dużej mierze robota gorsetu.
  Posiłki, które jadałam na dworze królowej Wiktorii były niezwykle obfite i podawane wg sposobu à la française- jedno danie po drugim , a najczęściej składały się z takich 8 części: 
  Najpierw zupy zabielane śmietaną , potem danie rybne (najczęściej były to ostrygi, łosoś, pstrąg lub homar), potem przystawki, a następnie lekkie dania(tj. np. pasztety z krewetek), potem główne dania(najczęściej mięso- pieczyste białe oraz czerwone w sosach) , sorbet, znowu lekkie dania(np. dzikie ptaki, smażone warzywa w sosach) oraz deser. Nie mogłam pojąć jak ktokolwiek może to wszystko jeść,ponieważ co prawda pyszne jedzenie, było podawane w ogromnych ilościach.
  Ważną częścią dnia była popołudniowa herbata, którą piła większość osób na królewskim dworze, włączając w to królową, która robiła to pomimo tego, że jej smak nigdy nie przypadł jej do gustu.
  Po dworze krąży związana z tym anegdota, wg której królowa po koronacji miałaby rozkazać służbie przyniesienie sobie filiżanki herbaty oraz gazetę „Times”, które wedle panujących przekonań nie były dobre dla młodych dziewczyn. Wiktoria zrobiła to jak mówią, ponieważ chciała mieć rzeczywisty dowód na to, że to ona panuje w kraju.
  Wolny czas spędzałam jeżdżąc konno. To wspaniałe zajęcie, którego nigdy nie miałam dość. Królowa Wiktoria również uwielbia jeździć konno, dlatego często wybierałyśmy się na wspólne przejażdżki. 
  Wiele ciekawych opowieści można usłyszeć od dworzan i służby, ponieważ są bardzo rozmowni i mili, zapewne w dużej mierze z powodu dobroci Wiktorii i Alberta, dzięki którym nie tylko prace są na nasze siły, a czasu wolnego mamy wiele, ale również zapewniają nam jedzenie w ilościach podobnych do tych, które sami jedzą. Kilka z opowiedzianych mi historii dotyczy:
strachu królowej przed biskupami, pisania przez nią regularnie pamiętników odkąd skończyła 13 lat oraz to, że królowa nie lubi być w ciąży, a do swoich dzieci odnosi się z dużą rezerwą. Duża ilość faktów może być jednak nie do końca prawdziwa albo podkoloryzowana. Co wynika z tego, że ludzie lubią sensacje i często specjalnie się jej doszukują albo wymyślają.
  Smutnym wydarzeniem podczas mojego pobytu na dworze była śmierć jej męża Alberta po 3 tygodniowej chorobie. Zmarł on 14 grudnia 1861 r.
Nie tylko królową zasmuciła ta wieść - cały kraj pogrążył się w żałobie, a Wiktoria stała na jej czele.
Królowa Wiktoria bardzo mocno przeżyła stratę ukochanego, a nawet trochę się załamała. Przez ostatnie dni pobytu w tym miejscu byłam jej oparciem oraz pocieszałam ją, gdy tego potrzebowała.
  Królowa, mimo że tak bardzo lubiła jeść, straciła nagle apetyt, a ostatecznie nigdy już nie odzyskała go w takiej mierze jak przed śmiercią męża.
  Ta wizyta wiele mnie nauczyła i wniosła do mojego życia, dzięki niej zrozumiałam chociaż odrobinę jak trudne, ale ważne było 
życie Królowej Wiktorii – Babki Europy. Rozumiejąc i znając jej historię mogę powiedzieć, że moim zdaniem była ona"wielką małą osobą".

xyz

Victoria

B.

21 maja, 2017r.

 

Kochani Uczestnicy Konkursu UKisOK, Drodzy Organizatorzy!

 

          Piszę do Was, aby opowiedzieć o moim pobycie na dworze królowej Wiktorii. Miałam okazję spędzić tam miesiąc i był to czas, którego nie zapomnę do końca życia.

        Epoka wiktoriańska to okres, kiedy Wielka Brytania była u szczytu potęgi imperialnej, mówiło się, że nad Imperium Brytyjskim „słońce nigdy nie zachodzi”. W państwie rósł dobrobyt i zdobywano kolejne terytoria. Niestety to też czas rewolucji przemysłowej, kiedy powiększyły się nierówności społeczne. Zaciekawił mnie ogromnie fakt, iż w tak bogatym i potężnym kraju, wielu ludzi cierpiało głód    i niedolę. Właśnie dlatego wybrałam okres panowania królowej Wiktorii Hanowerskiej i teraz już wiem,   że była to bardzo dobra decyzja.

        Chciałam Wam przedstawić moje spostrzeżenia zarówno z życia dworu, jak i z życia zwykłych ludzi. Byłam zaufaną panią dworu królowej, tak więc mogłam z bliska obserwować jej niekończącą się żałobę po śmierci męża - księcia Alberta. Królowa wydawała się stale nieobecna, a jej oczy napełniały się łzami, ilekroć spoglądała na obraz księcia. Gdy pewnego dnia zapytałam, dlaczego codziennie karze wyjmować z szafy i starannie czyścić ubranie Alberta, odpowiedziała z kamienną twarzą: „Bo wierzę, że kiedyś do mnie wróci”… Szkoda mi było królowej, to straszne tak kogoś kochać i go tak nagle stracić:( Widziałam, że królowa ożywiała się jedynie na widok swoich dzieci oraz zwierząt. „Bardzo kocha zwierzęta” - pomyślałam, gdy przeczytałam ukradkiem fragment jej pamiętnika: ‘tak wiele czuję do zwierząt – biednych, ufnych, wiernych, dobrych istot, i robię wszystko, aby przeciwdziałać okrucieństwu w stosunku do nich’. Wiedziałam, że to prawda, bo królowa uważała polowania za rodzaj okrutnej            i niepotrzebnej rzezi. Uwielbiała konie i bardzo często dosiadała swojego wierzchowca. Na dworze zawsze było też pełno małych psiaków, tak bardzo lubiłam się z nimi bawić.

        Lubiłam też wieczorowe stroje angielskie. Chociaż królowa, od śmierci małżonka, nie była bywalczynią balów, to ja owszem. Uczestniczyłam w nich w swoim wolnym czasie dość często. Ach, te piękne szerokie falbaniaste suknie! Jak pięknie w nich wyglądałam! Włosy pokręcone w loki zawsze upinałam wyżej. Wplatałam w nie szeroką kokardę (oczywiście zawsze pasującą kolorem do koloru sukni). A te wszystkie kapelusze, które miałam okazję zakładać ilekroć opuszczałam dwór! Były cudowne, tak pięknie zdobione. Przerażały mnie tylko gorsety, w których nie mogłam wręcz oddychać. Każda kobieta wie jednak, że aby dobrze i szczupło wyglądać, należy znieść pewne niedogodności, próbowałam się więc do nich przyzwyczaić. A jedzenie! Na balach było go mnóstwo. Na dworze królowej również, ponieważ królowa lubiła dobrze zjeść. Dania podawano zawsze jedno po drugim, wszystkie na najpiękniejszej porcelanie, srebrze i złocie. Najpierw serwowano zupy, potem dania rybne składające się zwykle z dwóch potraw takich jak grillowane ostrygi, łosoś, pstrąg lub też homar . Po rybach szły przystawki, następnie relevés - lekkie dania między dwoma wymyślnymi, np. pasztet z krewetek, potem danie główne (entrées). Uff! Na królewski stół szło dziennie aż 35 sztuk drobiu i 18 kg mięs, a same nazwy serwowanych potraw przyprawiają mnie do teraz o szaleństwo ślinianek: filet z kurczęcia z truflami, kurczę na tłusto z rzeżuchą, eskalopki cielęce z endywią, mus szynkowy w aksamitnym sosie, karczochy po lyońsku, pstrąg po królewsku, żółw na szklisto, bezy szwajcarskie z kremem chantilly, suflet z cynamonem…

Na śniadanie królowa uwielbiała kanapki z kurczakiem i plasterkami ogórka lub cienko krojoną pieczenią. Ja również jadłam je ze smakiem. Przepadałam też za ciastem wymyślonym specjalnie dla królowej i zwanym od jej imienia Victoria’s sponge (biszkopt przekładany maślanym kremem, dżemem malinowym i bitą śmietaną). Było wyśmienite! Zawsze punktualnie o 17.00 piłam z królową herbatę, oczywiście ubrana w specjalną suknię przeznaczoną na tę okazję, której nazwę pamiętam do tej pory, gdyż wydała mi się dość śmieszna  – ‘teagie’ (najważniejsze, że nie musiałam do niej zakładać gorsetu:). Nigdy nie zapomnę anegdoty, jaką królowa opowiedziała mi podczas jednej z takich „pogawędek przy herbatce”. Ponoć rozpoczęła tradycję picia ‘five o’clock tea’ chwilę po tym, jak powiadomiono ją o śmierci stryja Wilhelma IV, wydała wtedy rozkaz: „Podajcie mi filiżankę herbaty i »Timesa«”. A gdy ten rozkaz spełniono, z uśmiechem stwierdziła: „Czuję, że mam władzę”. Chociaż wiedziałam, że zwyczaj ten tak naprawdę zapoczątkowała inna pani dworu królowej - Anna Maria Stanhope – to bardzo mnie ta historyjka rozbawiła.

        Po całym przepychu, jakiego doświadczyłam na dworze, moja wizyta w ‘dzielnicy nędzy’ okazała się przerażającym doświadczeniem. Nie mogłam wręcz patrzeć na umierających na ulicy ludzi. Niektóre londyńskie skwery zapełnione były gromadami obdartych dzieci, kradnących, żebrzących, handlujących lub usiłujących znaleźć coś do jedzenia. Wiele z nich zostało porzuconych przez rodziców lub wyrzuconych z zakładów rzemieślniczych, w których miały uczyć się zawodu. Później dowiedziałam się od jednej pani dworu, że część tych dzieci trafiało do przytułków prowadzonych przez parafie. Dostawały tam dach nad głową i marne jedzenie, ale w zamian musiały ciężko pracować. Wypożyczano je też często jako tanią siłę roboczą do fabryk. Przytułki były brudne i ciasne, a ich personel zwykle brutalny i bezduszny.

 

                 Na porządku dziennym było bicie i poniżanie. „To przerażające” – pomyślałam, „że my na dworze królewskim jemy takie smakołyki, a tu dzieci oddałyby wszystko za okruchy ze stołu. Jak to możliwe, że takie sceny można oglądać w stolicy potęgi imperialnej, w epoce, w której  pojawiła się kolej, elektryczność, wydajna kanalizacja, metro, telegrafy, telefony, samochody, autobusy, kina, eleganckie domy towarowe… i kiedy Anglicy dokonali zakupu akcji Kanału Sueskiego, zajęli Cypr, Egipt, objęli zwierzchnictwo nad Birmą, podbili Sudan i dokonali jeszcze wielu innych rzeczy… Och! Jeśli Brytyjczycy są tak wielką potęgą, dlaczego pozwalają na to, aby niektórzy ich obywatele żyli w tak strasznych warunkach?”. Do tej pory nie potrafię tego zrozumieć, tym bardziej, że wiem, jak królowa Wiktoria popierała postęp i nowoczesność w gospodarce, medycynie oraz edukacji.

        Wizyta na dworze królowej Wiktorii była dla mnie niesamowitym przeżyciem. Zapamiętam królową, jako starszą, dystyngowaną osobę, ubraną w czarną suknię i czarny czepek, siedzącą w fotelu i przeglądającą gazetę. Zawsze zachowywała się w stosunku do mnie bardzo uprzejmie i przyjaźnie. Jej panowanie było wspaniałe, a jego jubileusz w 1897 roku stał się potężną manifestacją uczuć, jakimi darzyli ją poddani. Byłam świadkiem tego jubileuszu. Przedstawiał tak niezwykły widok – potęgi i okazałości – że trudno to sobie nawet wyobrazić. Widziałam długi pochód idący za pojazdem królowej. Szli wszyscy wasale imperium, maharadżowie, gubernatorzy dominiów i ich premierzy. Wrażenie, jakie na mnie wywarł, do końca życia pozostanie w mej pamięci. Widok tylu zgromadzonych bogactw – zwłaszcza u indyjskich maharadżów - był rzeczywiście wyjątkowo wspaniały. Wszyscy oni szli obwieszeni klejnotami, tak jakby cały ubiór był z nich zrobiony. Królowa jechała sama, otwartym powozem. Sprawiała wrażenie osoby drobnej, delikatnej i zmęczonej, ale jak zawsze pełnej godności. Mimo, iż była już starszą kobieta – wyglądała bardzo majestatycznie.

Życzę każdemu z Was, żeby przeżył kiedyś to, co ja przeżyłam w ciągu tego miesiąca. Widziałam zarówno przepych, jak i ogromną biedę. To doświadczenie wiele mnie nauczyło i uświadomiło mi, jak ulotna jest każda chwila. Żyjcie więc pełnią życia i pomagajcie innym, bo kiedyś Wy też możecie być w potrzebie.

Z wyrazami szacunku i sympatii,

xyz

C.

Drodzy Nauczyciele-Organizatorzy Konkursu UKisOk 9,

Dziękuję Państwu za możliwość udziału w bardzo ciekawym konkursie oraz za bilet „BONUS BONUSÓW”, który wygrałam w waszej loterii tj. niesamowitą podróż w czasie na dwór wybranego monarchy. Wykorzystałam już nagrodę i chciałabym się z Państwem podzielić moimi wrażeniami.

Wybrałam się do czasów Wiktorii Hanowerskiej żyjącej w XVIII wieku, bo czytałam, że imieniem królowej Wiktorii nazwane jest wiele miejsc na świecie np.: Góra Wiktorii, Jezioro Wiktorii, Victoria Harbour - zatoka, Wielka Pustynia Wiktorii, Wodospady Wiktorii, a nawet asteroida Viktorii. Chciałam dowiedzieć się dlaczego jest ona tak ważną osobą w historii Wielkiej Brytanii a nawet całego świata. Przy okazji zamierzałam poznać jej zwyczaje, hobby, zainteresowania, ulubione miejsca, życie na dworze. Był 1 maja 1851 roku kiedy to znalazłam się w w londyńskim Hyde Parku na ceremonii otwarcia Wielkiej Wystawy Światowej. Wystawa odbywała się w Kryształowym Pałacu – ogromnym pomieszczeniu ze szkła. Było tam mnóstwo ludzi i na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nagle rozległ się dźwięk trąbek i okrzyki „Niech żyje królowa!”. W tle było słychać śpiewający chór: „God save the Queen”, gdy na głównym holu pojawiła się królowa z księciem Albertem oraz całą świtą: książętami, generałami, ministrami. Usiadła na tronie. Nastała cisza i wtedy zaczął przemawiać książę Albert. Zwinnie przecisnęłam się do samego przodu. Po przemówieniu królowa wstała i chciała otworzyć wystawę. Wtedy to właśnie głośno kichnęłam… Tłum rozstąpił się ukazując moją postać (byłam ubrana w dżinsy, koszulkę polo z napisem I love England, adidasy). Byłam przerażona! Królowa popatrzyła na mnie i zapytała, czy jestem eksponatem z wystawy. Wszyscy zaczęli się głośno śmiać. Po chwili kazała zabrać mnie do swojego pałacu. Przewieziono mnie do Pałacu Buckingham i zaprowadzono do pięknego apartamentu. Pomyślałam, że chyba nie jestem więźniem skoro mieszkam w tak wspaniałym pokoju. Rozmyślając nad tym co się stało, zasnęłam. Rano obudziła mnie służąca kładąc mi na łóżku gorset i piękną koronkową suknię z kokardami, zakończoną trenem, zdobione buty. Przypomniałam sobie to co czytałam o czasach wiktoriańskich i wiedziałam, że tak się tam ubierano. Z ledwością ubrałam gorset, a na niego sukienkę. Wyglądałam jak księżniczka, ale było mi nie wygodnie. Po chwili do pokoju wkroczyło kilka osób. Posadzono mnie na fotelu i zaczęto czesać. Przyznam, że trwało to bardzo długo… i przyjemne też nie było. Ale jaki efekt! Pospinano mi włosy w koki, uformowano loki, powpinano wstążeczki, kokardeczki. Wyglądałam prawie jak Kopciuszek na balu! Po tych zabiegach służący kazał mi gdzieś iść. Nie wiedziałam o co chodzi, ale poszłam z nim przez piękne korytarze z powieszonymi obrazami, pięknymi złotymi zdobieniami, kryształowymi żyrandolami. Dotarliśmy do sali tronowej, gdzie czekała na mnie królowa. Ukłoniłam się, a ona kazała mi podejść. Pytała skąd jestem, dlaczego tak wyglądałam, po co przyjechałam itp. Odpowiadałam jej zgodnie z prawdą i chyba nie uwierzyła, bo na końcu rozmowy strasznie się śmiała. Stwierdziła, że skoro będzie kiedyś taka sławna i ja bardzo chcę poznać jej życie to zostanę jej zaufaną dwórką (chyba jakby asystentką, tak zrozumiałam), ale musze się wiele nauczyć. Przywołała służbę i wydała im jakieś polecenia. Przydzielono mi opiekunkę - Panią Adelę. Odprowadzono mnie do pokoju i podano śniadanie. Teraz mogłam dokładnie obejrzeć piękne meble, obrazy, z okna popatrzeć na piękny ogród. Po chwili usłyszałam pukanie. W drzwiach stała Pani Adela z dużą zrolowaną kartką w ręce. Zaprosiłam ją do pokoju. Okazało się, że jest to mój plan zajęć: śniadanie godz. 8.00, obiad 14.00, herbatka 17.00, kolacja 20.00, a poza tym w przerwach: nauka dobrego wychowania i etykiety dworskiej, nauka jazdy konnej, nauka historii, nauka angielskiego, nauka prawa, czytanie książek, i wiele innych rzeczy, wszystkiego nie zapamiętałam. Trochę się oburzyłam, przecież byłam asystentką królowej! Ale wytłumaczono mi, że muszę wiele rzeczy poznać, aby dobrze wypełniać swoje obowiązki. Po obiedzie miałam dzień wolny, więc postanowiłam zwiedzać teren pałacu. Była piękna pogoda więc spacerowałam po pięknym pałacowym ogrodzie, obejrzałam stajnie królewskie. Wróciłam na kolację. Zmęczona poszłam spać. Następnego ranka, gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam krzątającą się służbę. Przyniesiono mi nowy gorset, suknię buty, ułożono fryzurę – podobnie jak wczoraj. Podano śniadanie. Po śniadaniu zaprowadzono mnie do wielkiego pokoju gdzie czekało na mnie kilka osób jak się okazało moich nauczycieli. Do obiadu uczyłam się królewskiej etykiety: kiedy wstać, kiedy siąść, kiedy mówić, kiedy nie, jak się kłaniać, komu, kiedy itd. Byłam przerażona! Wcale nie było to takie łatwe! Na koniec wręczono mi stos książek. Nastała pora obiadu. Znowu zaprowadzono mnie do pokoju. Byłam już bardzo głodna, więc obiad wydał mi się „królewski”! Po obiedzie, chwila oddechu, mogłam poczytać prasę i pooglądać telewizję. O 17.00 podano herbatę. Po odpoczynku polecono mi się ubrać w konny strój i zaprowadzono do stajni. Uczono mnie do kolacji jeździć na koniu. Pozostałe dni tygodnia niewiele się różniły: jedzenie, nauka, jedzenie, nauka, jedzenie, nauka, konie. Ale nie byłam znudzona. Fascynowało mnie takie życie, bo wszystko było dla mnie nowe. Coraz bardziej swobodnie czułam się w pałacu. Dużo dowiedziałam się o historii, poznałam etykietę dworską, prawo, obyczaje, zasady itp. w końcu byłam asystentką królowej, na szkoleniu… Po dwóch tygodniach spotkałam się z królową ponownie. Wezwała mnie na popołudniową herbatę. Zapytała mnie jak idzie mi nauka i czy jestem zadowolona z pobytu. Odpowiedziałam grzecznie, że jest mi tu bardzo dobrze i że pilnie się uczę. Wiktoria stwierdziła, że pora abym zaczęła wykonywać swoje obowiązki. Znowu wezwała kilka osób i wydała im jakieś polecenia. Znowu zaprowadzono mnie do pokoju i pani Adela przedstawiła mi plan dnia królowej: 6.00-pobudka, 7.00-śniadanie, 8.00-spotkania z przedstawicielami parlamentu, przyjmowanie urzędowych wizyt, 12.00- przeglądanie korespondencji, prasy, 14.00 – obiad, 15.00 – udział w uroczystościach, paradach, spotkania z poddanymi, 17.00- popołudniowa herbata, spotkanie z rodziną lub jazda konna, 19.00 – kolacja lub oficjalne przyjęcia, bale. Uprzedzono mnie, że plan dnia może ulegać zmianom np. gdy królowa wyjeżdża. Miałam jeden dzień wolny w tygodniu – niedzielę. Od jutra miałam towarzyszyć królowej przez 6 dni w tygodniu. Nastał nowy dzień- dzień asystentki królowej. Obudzono mnie o 5.30 i jak zwykle przyniesiono ubrania, potem uczesano i zaprowadzono pierwszy raz do jadalni królowej – była piękna, ogromna, na stołach były złote talerze, świeczniki, kryształowe kieliszki! Po chwili weszła królowa, książę Albert i jej dzieci. Królowa usiadła i zaprosiła wszystkich do stołu. Podano jedzenie. Wszyscy jedliśmy bez słowa (trochę dziwne, bo nawet dzieci nic nie mówiły). Po śniadaniu podano herbatę i wtedy królowa przedstawiła mnie mężowi i dzieciom. Powiedziała skąd jestem, co będę robić. Po śniadaniu królowa i ja przeszłyśmy do Parlamentu. Królowa usiadła na tronie a ja trochę za nią. Rozpoczęły się obrady: przedstawiano sytuację w kraju, problemy, sukcesy, plany, ustawy itp. Trochę nudne to było… i trwało trzy godziny. Potem królowa przyjmowała gości: posłańców z innych państw, polityków, sędziów. Poleciła, abym zapisywała sprawy z którymi się do niej zwracają. Dostałam wielką księgę i ptasie pióro z kałamarzem (na szczęście nauczono mnie pisać tymi przyborami, ale tęskniłam za zwykłym długopisem…). Po zakończonej audiencji udaliśmy się do biblioteki, gdzie królowa przeglądała listy, a ja znowu zapisywałam notatki. O 15.00 obiad w rodzinnym gronie, ale już nie tak „sztywny” jak śniadanie- można było porozmawiać. Dzieci królowej pytały mnie o wiele rzeczy. Opowiadałam im jak żyje się w moich czasach. Oczywiście tak jak królowa, nie mogły w to uwierzyć. Po obiedzie królowa przebrała się w strój reprezentacyjny i założyła koronę. Potem wsiadłyśmy do pięknego powozu i w asyście wojska, służby pojechałyśmy na przejażdżkę po Londynie. Królowa była gorąco witana przez poddanych. Wszyscy krzyczeli: Niech żyje! Byłam bardzo szczęśliwa i czułam się prawie jak królowa. Po powrocie do pałacu na popołudniowej herbatce z rodzina panowała całkiem luźna atmosfera. Dzieci biegały, luźno rozmawiałyśmy z królowa i księciem – jak we współczesnym domu. Królowa poinformowała mnie, że dzisiaj jest wieczorne przyjęcie w ogrodzie. Ucieszyłam się. Wieczór nastał szybko. Wytwornie ubrana udałam się do ogrodu, gdzie był już tłum ludzi. Panowie we frakach z kołnierzem o szerokich klapach, kamizelkach, jasnych, obcisłych spodniach do kolan oraz w wysokich butach, panie w długich rozłożystych sukniach, pięknie zdobionych kapeluszach, z parasolkami w ręku. Wszyscy przechadzali się po ogrodzie, rozmawiali, śmiali się. Dzieci biegały naokoło nadwornych klaunów. Magicy pokazywali sztuczki. Przy ognisku pieczono dzika i sarnę. Muzycy grali. Atmosfera prawie taka jak na współczesnym pikniku, jednak królowa sama siedziała pod wielkim suto zdobionym baldachimem. Wieczorem rozpoczął się niby-koncert. Artystka w asyście muzyków śpiewała ballady. Po przyjęciu udałam się do pokoju i zmęczona poszłam spać. W następne dni wykonywałam dalej swoje obowiązki według ścisłego harmonogramu. Uczestniczyłam w przyjęciach, piknikach, oficjalnych obiadach (królowa lubiła rozrywki). Odwiedziłam też zamek Windsor, podróżowałam z królową pociągiem, jeździłam po Londynie, chodziłam do teatru, opery a nawet cyrku, jeździłam konno. W czasie wolnym zwiedzałam Londyn z Panią Adelą, która opowiadała mi wydarzenia z historii Anglii. Mówiła, że królowa wspiera wynalazców, postęp naukowy i nowoczesność w edukacji, medycynie, gospodarce i kraj bardzo się rozwija. Pokazywała mi wiele wynalazków (które dla mnie były starociami), ale z uprzejmości tego nie komentowałam. Nie wiem kiedy ten miesiąc minął. Musiałam wrócić do rzeczywistości. Uważam, że Wiktoria zasłynęła jako dobra królowa, pod której rządami Wielka Brytania stała się potęgą. Anglicy odkrywali różne miejsca na ziemi, gdyż wspierała wyprawy odkrywcze np.: za jej życia odkryto źródła Nilu, a największe jezioro afrykańskie nazwano jeziorem Wiktorii. Do dziś wiele miejsc nazwanych jej imieniem jest na mapie świata. To był tylko miesiąc w epoce wiktoriańskiej a przede wszystkim na dworze królowej Wiktorii. Jej życie znacznie różniło się od życia np. moich rodziców. Czy mi się podobało? Tak, ale nie chciałabym żyć w tych czasach.

Zastanawiam się, czy królowa Elżbieta II ma podobne życie, co się zmieniło w królewskich obowiązkach, zwyczajach, tradycji. Może w następnej edycji konkursu UKisOK wygram miesięczny pobyt na dworze monarchy – myślę, że będzie to wizyta u Elżbiety II.

Jeszcze raz serdecznie dziękuję i pozdrawiam.

xyz

D.

Drodzy uczestnicy UKisOK!

            Dzisiaj skończył się (może troszkę niefortunnie) najciekawszy miesiąc mojego życia. Jako „zaufany dworzanin” Wiktorii I dostałam możliwość spędzenia kilku tygodni na jej dworze, jak prawdziwy członek rodziny królewskiej! No niestety nie wszystko potoczyło się tak jak powinno. Postanowiłam napisać ten list, aby opowiedzieć Wam co mnie tam spotkało i podzielić się z Wami moją historią, a do opowiadania jest tak dużo, że może przejdę już do rzeczy.

 

            Zacznę od sprawy najistotniejszej – tego jak trafiłam do XIX wieku. Właściwie do końca wam tego nie wytłumaczę, bo sama nie wiem. Już od dawna marzyłam o tym, żeby dowiedzieć się jak żyło się w dawnych czasach, ale nie spodziewałam się przeniesienia w czasie. Jeszcze cztery tygodnie temu powiedziałabym, że to niedorzeczne, a jednak stało się. Właśnie czytałam pewien artykuł o Wiktorii Hanowerskiej, o tym co się z nią działo po śmierci Alberta – jej męża. Zaciekawiła mnie postać młodej królowej, która odziedziczyła tron w wieku 18 lat. Była obciążona dużą odpowiedzialnością, ponieważ oczekiwano od niej bardzo dużo. Pomyślałam, że gdybym mogła wybrać jednego władcę, którego mogłabym bliżej poznać lub spędzić z nim czas zdecydowałabym się na „babcię Europy” głównie z powodu mojego zaciekawienia epoką wiktoriańską, tym, jak w tamtym czasie rozrosło się Imperium Brytyjskie oraz jej żałoba, która trwała przecież 40 lat. Nagle zakręciło mi się w głowie, świat zaczął wirować i po chwili stałam przed Pałacem Buckingham.

 

            Jakoś udało mi się połączyć fakty i zrozumiałam, że jest rok 1861, początek zimy, a dokładniej 20 listopada. Na dworze padał śnieg, a okolica wyglądała przecudownie. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a ludzie najwyraźniej już czynili przygotowania. W całej sytuacji dostrzegałam tylko jeden problem – nie wiedziałam co robię w Wielkiej Brytanii! Na szczęście oświeciła mnie bardzo miła, pulchna kobieta, która powitała mnie jak znajomą, a jednak z wyższością. Dopiero po kilku minutach zauważyłam jej koronę i zrozumiałam, że to najprawdziwsza królowa, a dokładniej Wiktoria I Hanowerska. Okazało się, że dostałam możliwość spędzenia miesiąca na jej dworze w charakterze (jak już wcześniej wspomniałam) „zaufanego dworzanina”, chociaż ja nie byłam nawet dworzaninem. Pomyślałam, że może zaszła jakaś pomyłka, ale jej wysokość zapewniała, że wszystko jest tak jak powinno.

            Pierwsze dwa tygodnie na dworze królewskim minęły wprost cudownie. Byłam traktowana jak prawdziwa księżniczka.  Dostałam sypialnię z wielkim łożem, toaletką i diamentowym żyrandolem. Na kremowych ścianach wisiały piękne obrazy. Meble były wykonane z drewna, a wszystko było pełne przepychu i wyglądało dostojnie. Oczywiście musiałam zmienić swój ubiór. Na szczęście, kiedy pojawiłam się na ulicy Londynu wyglądałam dość przyzwoicie, przynajmniej jak na te czasy. W sumie tego też nie wyjaśnię, bo czytając artykuł, co pamiętam dokładnie byłam w dżinsach i koszuli w kratkę, a pojawiając się przed Pałacem Buckingham miałam na sobie długą, obszerną suknię, rękawiczki i ogromny kapelusz. A pod ubraniem coś co uciskało mnie niemiłosiernie – gorset. Codziennie ubierałam inną suknię, ale każda była pełna charakterystycznych dla epoki wiktoriańskiej elementów, czyli koronek, marszczeń i kokard. Zgodnie z etykietą jadłam cztery posiłki dziennie w towarzystwie całej rodziny królewskiej. Każde danie było podawane na złotych, srebrnych lub porcelanowych talerzach, a samo jedzenie mogło przywrócić o zawrót głowy. Chyba prawie każdy kto choć kiedyś słyszał o królowej Wiktorii wie jak bardzo lubiła jeść. Na królewski stół dziennie trafiało 35 sztuk drobiu i 18 kg mięs (co zdradzam Wam jako tajemnicę, ponieważ myślę, że monarchini nie byłaby zadowolona gdyby wszyscy się o tym dowiedzieli). Filet z kurczęcia z truflami, żółw na szklisto, eskalopki cielęce z endywią, mus szynkowy w aksamitnym sosie, karczochy po lyońsku, kurczę na tłusto z rzeżuchą, bezy szwajcarskie z kremem chantilly, suflet z cynamonem i karczochy po lyońsku i potrawy kuchni indyjskiej to tylko niektóre dania jakich miałam okazję spróbować podczas pobytu w Pałacu Buckingham. Codziennie o piątej po południu zasiadałam z królową Wiktorią do herbatki i przekąsek (migdałowych makaroników, czekoladowych biszkoptów i mojego ulubionego ciasta Victoria’s sponge), co było dla mnie najlepszą formą spędzania wolnego czasu. Zauważyłam, że władczyni pije swój napój w połączeniu z mlekiem i czekoladą, która miała, jak tłumaczyła, poprawić smak herbaty. W wolnych chwilach lubiłam też bawić się z dziećmi Wiktorii i Alberta, a moją najbliższą przyjaciółką była Ludwika Koburg. Razem chętnie przesiadywałyśmy w ogrodzie lub rzeźbiłyśmy, ponieważ sztuka była pasją młodej księżniczki.

            Wszystko układało się genialnie dopóki 14 grudnia 1861 roku służąca nie zawołała mnie do sypialni, w której leżał Albert, chory (jak sądzono) na grypę. Szybko wbiegłam po schodach i minęłam kilka pustych korytarzy. Najwyraźniej wszyscy przebywali gdzieś indziej, ale co się mogło stać – myślałam w tamtym momencie. Wpadłam do pokoju i zobaczyłam, jak dotąd zawsze uśmiechniętą Wiktorię, opierającą się na ramieniu męża, płaczącą w aksamitną pościel. Wtedy zrozumiałam wszystko – umarł książę-małżonek, czyli Albert. Po tym jakże przykrym wydarzeniu w historii Anglii i Wielkiej Brytanii na dworze wszystko się zmieniło. Jej wysokość zaczęła ubierać się na czarno (zresztą jak wszyscy poddani i rodzina), nie pokazywała się publicznie i unikała spotkań z ludźmi. Śmierć Alberta miała też duży wpływ na monarchię, bo chociaż królowa wypełniała sumiennie swoje obowiązki, nie wywierała już wpływu na rządy, pozostając w odosobnieniu, a jej popularność znacznie się zmniejszyła.

            Moje „królewskie życie” dobiegało końca, a kontakt z Wiktorią urwał się całkowicie. O wspólnej herbatce mogłam już tylko pomarzyć, bo „Wdowa z Windsoru” nie miała czasu nawet dla własnych dzieci. Nie ukrywałam, że żałoba robiła się trochę denerwująca. Rozumiałam pogrążoną w smutku wdowę do czasu, gdy zaczęła obwiniać o śmierć męża swojego najstarszego syna – Edwarda. Według niej młodzieńcze lata syna naznaczone rozrywkami i licznymi romansami odbiły się na zdrowiu Alberta. Sześć dni po śmierci księcia matka rozpoczęła wytykanie błędów syna, a ja musiałam chociaż spróbować załagodzić sytuację. 

- Ależ co ty możesz wiedzieć?!? – odpowiedziała na moje słowa usprawiedliwiające Bertiego - Nigdy nie miałaś ukochanego męża, ani syna, który zamiast naśladować swojego, jakże spokojnego i poukładanego ojca zachowuje się okropnie! To wszystko jego wina. Gdyby Edward nie zachowywał się w taki sposób Albert siedziałby tu teraz z nami. Skoro nie potrafisz zrozumieć mojego żalu i żałoby wynoś się z tego pałacu i już nigdy więcej się tu nie pokazuj!

            Tak zakończyła się moja przygoda. Wybiegłam z pałacu, a kiedy stanęłam przed bramą świat ponownie zaczął wirować. Nagle siedziałam przy biurku z głową opartą na łokciu. Moja mama zawołała mnie na obiad, który niestety w ogóle nie przypominał królewskich potraw. Po zjedzeniu posiłku od razu zabrałam się za pisanie listu. Nigdy nie zapomnę tego co przeżyłam na królewskim dworze – Ludwiki, popołudniowych herbatek, uciskającego gorsetu. Po dłuższym namyśle uważam, że to był tylko sen. Może brzydka pogoda tak na mnie działa? Takie zmiany temperatury nigdy nie wpływają dobrze na zdrowie. Tylko jedna rzecz mnie dziwi: skąd na mojej koszulce wzięła się kamea, którą we śnie (albo może nie we śnie) dostałam od Wiktorii? Może komuś z Was przytrafiła się podobna przygoda? Czekam na Wasze listy, w których (mam nadzieję) wyjaśnicie mi co się właściwie stało…

                        Pozdrawiam,

xyz

 

PS. Wiktoria prosiła mnie o pozdrowienie wszystkich uczestników konkursu, o którym przecież musiałam jej opowiedzieć podczas jednej z herbatek (no może przedstawiając go trochę inaczej, bo przecież ona jeszcze nie wie kto będzie rządził w XXI wieku!). To byłoby dla niej zbyt skomplikowane, zresztą dla mnie też jest. Zaraz, zaraz… a może to ten konkurs tak zawrócił mi w głowie?

bottom of page